Czy da się żyć na dwa domy w kontekście wyjazdu zarobkowego?
Wiele osób twierdzi, że tak potrafią żyć pary i małżeństwa, którym tylko się wydaje, że się kochają. Ja nie do końca się z tym zgadzam. Bardzo często sytuacja życiowa zmusza człowieka do wyjazdu za przysłowiowym chlebem. Taka rozłąka to nic strasznego, pod warunkiem, że nie trwa długo. Myślę, że problem pojawia się wtedy, gdy współmałżonek pracuje poza domem na stałe. Jeśli na przykład mąż pracuje za granicą i przyjeżdża do domu raz lub dwa razy w roku, na tydzień lub dwa, to nawet nie zdąży nacieszyć się rodziną, a już musi wracać z powrotem. Może warto tu postawić inne pytania, a mianowicie: Czy takie pary potrafią być szczęśliwe oraz czy jednej i drugiej osobie wystarczy kilkanaście dni w roku bycia razem? Czy wystarczy im tych kilka chwil bliskości? A przecież oprócz intymności mamy jeszcze inne płaszczyzny życia. Nie zapominajmy, że ludzie nie „zostawiają” tylko swoich partnerów czy partnerek, ale także nierzadko dzieci, więc taka rozłąka jest tym bardziej bolesna. Jeśli kogoś kochamy i tej osoby nie ma przy nas, to najnormalniej w świecie tęsknimy za nią. Czy w takim razie wyższe zarobki mogą rekompensować tęsknotę? Ja uważam, że nie, ale mogę być w błędzie. Czy jeśli okres wyjazdu zarobkowego trwa kilka lat, to czy przypadkiem nie jest tak, że człowiek czy chce czy nie uczy się innego życia i w końcu się przystosowuje do nowej rzeczywistości? Rozmawiając z parami, które żyją w takim „układzie” mogę zdecydowanie powiedzieć, że im dłuższa lub dłuższe rozłąki tym mniej spójności w związku. Mniej porozumienia i wzajemnego zrozumienia. Ktoś, kto wraca do domu raz na jakiś czas, bardzo szybko staje się gościem we własnym domu. A co, jeśli mijają zaledwie dwa lub trzy dni wspólnego przebywania ze sobą i już pojawia się obopólna irytacja? To z pewnością jest zły znak. Dużo par jest zdania, że da się żyć na dwa domy, bo same tak żyją. Ja się z tym zgadzam – da się tak żyć, ale czy to jest dobre życie? Inni mówią, że przyzwyczaili się do takiej sytuacji. Poza tym warto podkreślić, że można żyć w jednym domu, pod jednym dachem, a jednak osobno. Mogłabym upierać się w przekonaniu, że takie życie to nie jest życie, ale myślę, że jest to indywidualną kwestią każdego z nas. Niektórzy wolą pracować w swoim kraju i zarabiać mniej, ale być razem z rodziną, bo nie wyobrażają sobie takiej rozłąki. Inni wolą wyjechać i zarabiać więcej, bo czują z tego powodu satysfakcję. Są i tacy, którzy decydując się na taki rodzaj wyjazdu, kierują się zupełnie innymi pobudkami. Może to jest sprawa priorytetów, a może świadomego wyboru, a może jednego i drugiego. Istnieje oczywiście możliwość, że ktoś nie ma innego wyjścia, ponieważ jest jedynym żywicielem rodziny, a wynagrodzenie w ojczystym kraju w odczuciu tej osoby nie zapewnia godnego życia – ale to już jest temat na odrębną publikację. Poruszyłam to zagadnienie w książce "Alfabet czasu", ponieważ sama mieszkam na obczyźnie od wielu lat i obserwuję zjawisko prozy życia na odległość, a czas odgrywa w niej fundamentalną rolę.
Pewne jest tylko to, że dwa domy to dwa życia i tylko jeden czas.
Z książki "Alfabet czasu"

